Ja nawet nie wiem, czy z tym rozumieniem po czasie, to tak łatwo. Jeśli o mnie chodzi, to nie mam pewności, co tak naprawdę zrozumiałem ze swojej przeszłości. Wiem natomiast, że nie chcę jej kontynuować i na tym się skupiam. Zanim jednak się tego dowiedziałem poniosłem wiele strat, a co dużo gorsze, wiele zafundowałem innym. Czy teraz coś rozumiem, czy raczej niewiele, to chyba mało istotne. Grunt, że mam szansę na zmiany i pragnę je wykorzystać.
Życzę, by Twój mąż także kiedyś zechciał i żeby to nie był tylko żal po stracie.
Pozwolę sobie na własną refleksję.
Nie obracałem się nigdy w środowisku przestępczym. Czy aby na pewno? Jak się nad tym głębiej zastanawiam, to stwierdzam że ja sam byłem moim przestępczym środowiskiem. Pięści? OK, problem polega jednak na tym, że nigdy nie zastanawiałem się nad konsekwencjami, ani nad tym, co się stanie z tym drugim człowiekiem. Nie czułem się jednak źle. Wręcz przeciwnie, byłem wspaniały, bo zdarzało mi się po karetkę dzwonić…
Tak naprawdę w każdej chwili mogłem kogoś zabić i to własnymi rękami. Jak w grę wchodzi narzędzie, to granica życia i śmierci staje się bardzo cienka. Nie zamierzam nikogo usprawiedliwiać, ani skazywać, ale w wielokrotnie dochodziłem do wniosku, że cudem uniknąłem odsiadki, cudem było, że nikogo nie uszkodziłem śmiertelnie, a co do innych uszkodzeń, to nie mam pewności do dziś.
Pewne zachowania w życiu są bardzo, bardzo ryzykowne. Jeśli ryzykowałbym tylko swoje życie, to luz. Gorzej, że inni w tym uczestniczyli. I co z tego, że na własne życzenie?